Lecę. Lecę przed siebie jak dusza poniesie. Nic się nie liczy. Zaczynam
krzyczeć. Z radości. Pęd powietrza zatyka mi płuca, ale mnie to nie
obchodzi. Po prostu brnę przed siebie! Wiatr łomocze moją sierścią jak
ptasimi piórami. Ścigam się z nim, rzucam mu wyzwanie. I wygrywam.
Wywalam język na zewnątrz, patrzę w dół. Doliny, rzeki, ludzkie osady.
To wszystko majaczy gdzieś tam w dole... Dziś jest mój dzień i nic mi
tego nie zepsuje.
Nagle słyszę głos. Czyjś, zupełnie obcy. Dobiega do mnie echem,
niesiony po olbrzymiej przestrzeni niczym nienaruszonej. Cichy,
spokojny, jakby z nutą wahania. Rozglądam się, ale nic nie widzę. Słyszę
go ponownie. Nadal nie rozróżniam słów.
"Kim jesteś?" Słyszę po chwili. Wciąż jednak nie wiem, kto mnie woła. I
zupełnie niespodziewanie wszystko się wali. Chmury przestają się przede
mną rozwierać niczym wrota przed księciem, wszystko się trzęsie.
Powietrze już nie jest na moje usługi.
"Kim jesteś?"
Spadam. Czuję jak lecę w dół. Coraz szybciej, ziemia kusi zderzeniem. Widzę śmierć.
"Hej!"
Budzę się. Nabieram głęboko powietrza, otwieram oczy. Ciężko dysząc,
zaczynam się uspokajać. Rozglądam się, a mój wzrok zatrzymuje się na
dalmatynce, ciekawsko badającej mnie spojrzeniem.
- Obudziłeś się - stwierdziła. - Kim jesteś?
To jej głos słyszałem we śnie.
- Lancy to moje imię - odpowiadam po chwili. - A twoje brzmi?
- Alex - przedstawia się. - Przepraszam, że cię obudziłam, ale leżysz
tak jakby na terytorium mojej nory. - Pyskiem wskazuje otwór niedaleko.
- Przepraszam... - Wstaję. - Nie wiedziałem.
- Nic się nie stało...
- Już się zmywam i nie przeszkadzam - odwracam się i już mam odejść, kiedy suczka odzywa się ponownie:
Alex? :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz